Czas, start!

Kilka tygodni przygotowań i planowania za mną. Teraz siedzę już w samolocie do Buenos Aires.
Koniec pracy, pożegnania, wyjazd regeneracyjny w góry, pożegnania, święta, pożegnania, przeprowadzka, pożegnania. Tak wyglądały moje ostatnie tygodnie w Polsce. W niedzielę, 30 grudnia, po raz ostatni położyłam się spać w moim pokoju. Nie mogłam zasnąć. Pakowanie, śniadanie, zakupy, pakowanie. Czas ruszyć do umówionego miejsca, by wsiąść w samochód, który zawiezie mnie na samo lotnisko Berlin Tegel.
W kolejce do nadania bagażu spotkałam Polaków, którzy jadą do Chile zdobywać siedmiotysięcznik. Niesamowite! Jechali do centrum Madrytu na Sylwestra (ich kolejny lot był później niż mój), ja chciałam się zrelaksować przed dłuższym lotem.
W Madrycie wylądowałam ok. 22:00, na lotnisku pustki. Kolejny lot miałam o 9:00. Dostałam ostatni prezent przed wylotem: pobyt w loży VIP. Koło północy byłam tam sama. Obsługa zaprosiła mnie do tego, by z nimi świętować rozpoczęcie Nowego Roku. Dostałam kieliszek wina i miseczkę z 12 winogronami. W Hiszpanii po wybiciu północy co sekundę je się 1 winogrono. Ma to przynieść szczęście na kolejnych 12 miesięcy. Złożyliśmy sobie życzenia, a ja wróciłam na swój fotel, by odpisać na wiadomości, napisać życzenia do przyjaciół i porozmawiać jeszcze chwilę ze znajomymi.
Po kilku minutach dołączył do nas John. Jego pierwszy lot był opóźniony i przez to nie zdążył na kolejny. John pochodzi z RPA i niestety nie mógł pójść spać do hotelu (bo do tego potrzebowałby wizy), dlatego przyszedł do loży VIP. Trzydzieści lat temu on też wyjechał w kilkumiesięczną podroż po Europie i powiedział, że do dziś wspomina tę przygodę bardzo dobrze, że to, co wydarzyło się wtedy, bardzo dobrze pamięta. Po tym, jak ja mu opowiedziałam moją historię, zaśmiał się i zapytał „Mogę dołączyć?” 🙂 John od 12 lat pracuje w tej samej firmie i zaczął się zastanawiać, czy nie powtórzyć przygody z młodości. Jestem ciekawa, czy się zdecyduje.
Było już późno, a przed nami dzień pełen wrażeń, więc przeszliśmy do miejsca, gdzie można się zdrzemnąć. Nie spałam spokojnie, ale cieszę się, że mogłam się przespać i zregenerować. Rano wzięłam prysznic i razem z Johnem zjedliśmy śniadanie, by zaraz po tym pożegnać się i rozejść do swoich bramek. Okazało się, że mój lot jest opóźniony o 40 min. Wykorzystałam ten czas na ostatnie telefony.
Co czuję? Spokój.
Mam jeszcze dużo niedopiętych tematów w związku z moim pobytem w Patagonii, ale sądzę, że jakoś się wszystko ułoży. Mam jeszcze dwa pełne dni w Buenos Aires na przygotowanie się. Mam nadzieję, że tu, na miejscu, będzie mi trochę łatwiej to zorganizować.
Nie czuję tej dużej wyprawy. Co tak naprawdę będzie inne? To, że po 2-3 tygodniach nie wrócę do swojego pokoju, łóżka, że nie spotkam moich bliskich, przyjaciół. Po 2-3 tygodniach będą kolejne tygodnie nowości, odkrywania, poznawania, prób. Jestem na to gotowa, tego właśnie chcę. W głowie mam wszystkie bliskie mi osoby i to, że zawsze mogę na nie liczyć, zadzwonić, porozmawiać, wyżalić się lub podzielić przygodami.
Dziękuję WSZYSTKIM, którzy wsparli mnie w realizacji tego marzenia. Dziękuję za ciepłe słowa i wiarę, że będę potrafiła to zrobić.


4 stycznia ruszam na podbój Patagonii, gdzie będę miała raczej ograniczony dostęp do internetu. Wracam 20 stycznia, więc postaram się wtedy zdać Wam relację 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *